Nie moje KTG
Dużo mówimy i piszemy o tym, żeby roniące kobiety nie przebywały w szpitalu, w salach z kobietami w ciąży. Takiej szczęśliwej ciąży… A co jest później, już po poronieniu, podczas diagnostyki, która ma nam wyjaśnić ewentualną przyczynę tego co się stało? Ktoś mi teraz na pewno powie, że przesadziłam, że szpital to nie hotel, że brak możliwości lokalowych, że nie ma czasu na „segregowanie” pacjentek. Może jednak nie przesadziłam, może czasem wystarczy odrobina dobrych chęci i zrozumienia? Może wystarczy…
…
Jest sierpień – urlop, słońce, morze, odpoczynek, pyszne jedzonko… Nie, to już było. Teraz siedzę w szpitalnej Izbie Przyjęć, trzymając w ręce skierowanie na histero- i laparoskopię. Minęły cztery miesiące od mojego trzeciego poronienia, dwa – od HSG. To dużo i mało. Dla mnie każdy dzień czekania to męka, dla lekarza „o jeden cykl nie chodzi”. Niby tak, ale ja chce wreszcie wiedzieć dlaczego tak się dzieje, że nie mogę urodzić dziecka… Poprzednio, między poronieniami, odliczałam dni do „zielonego światełka” i kolejnej ciąży. Teraz odliczałam dni do diagnozy: wyroku czy nadziei?
Podczas przyjęcia do szpitala wszystko przebiega sprawnie. Na oddziale, po wstępnym „wywiadzie” dostaję przydział do sali, w której mogę zostawić swoje rzeczy, skorzystać z łazienki i poczekać… Zawsze dziwił mnie ten szpitalny zwyczaj, ale cóż o pewnych rzeczach się nie dyskutuje :-). Tym razem „źle” trafiłam… W pokoju leżą dwie młode dziewczyny z zaokrąglonymi brzuszkami… Czuję ukłucie w sercu (zazdrość?, ból?), a jednocześnie myślę ze smutkiem „skoro są w szpitalu, to coś jest nie tak”. Wymieniamy kilka grzecznościowych zdań. Cały czas zastanawiam się co im powiem jak zapytają czemu jestem w szpitalu. Jeśli powiem o swoich poronieniach to ich nie pocieszę… Nie mówić? Przecież to co mi się zdarzyło to nie kara, grzech czy wstyd. Na szczęście nie pytają. Moją małomówność tłumaczą sobie, śmiejąc się, strachem z „okazji” przyjęcia na oddział. Niech tak zostanie.
…
Siedzę pod drzwiami „sali do badań”, w grupce kobiet z dzisiejszego „naboru”. Jedne są skore do opowieści co im dolega, inne, tak jak ja – gapią się w sufit :-). Nie, nie boję się badań czy operacji, boję się wyników… i końca marzeń o macierzyństwie…
Najwięcej ciekawości wśród kobiet wzbudza ciężarna z dużym brzuchem. Jutro ma mieć zakończoną ciążę cesarskim cięciem. Z uśmiechem, chętnie odpowiada na pytania. To jej trzecie dziecko, dziewczynka. Moje nienarodzone dziecko to też była dziewczynka, bardzo chora…
Zostałyśmy tylko trzy. Szczególne przypadki, super… Czekamy na konsultację u profesora. Patrzę w stronę lekarzy i widzę mojego lekarza prowadzącego. Czuję ulgę. Z racji częstych pobytów na oddziale rozpoznaję już większość lekarzy, więc nie czuję się tu „obco”. Jestem jednak pewniejsza mając świadomość, że ktoś jest „po mojej stronie” :-).
Chodzę w kółko. Drzwi się otwierają i położna wyczytuje moje nazwisko. Wchodzę do sali. Równocześnie wychodzi wcześniejsza pacjentka, jest w moim wieku, płacze… Zaczynam się denerwować. Na szczęście jest położna, która mówi co mam po kolei robić, a lekarze nie zadają trudnych pytań :-). Zapada decyzja o operacji, profesor się uśmiecha…
…
Biorę swoje rzeczy i idę z położną do „mojego” pokoju. Położna wchodzi, pokazuje łóżko, a ja zatrzymuję się w drzwiach… „NIE, TYLKO NIE TU...” – coś mi „w środku” krzyczy. Na łóżku obok leży uśmiechnięta ciężarna… Ta od jutrzejszej cesarki i córeczki, której nie wymyśliła jeszcze imienia… W pokoju rozlega się głośny, miarowy dźwięk… to tętno tej małej, nienarodzonej dziewczynki… ktg… nie mojego dziecka…
Nie potrafię wydusić z siebie słowa. „Może poprosić o zmianę pokoju? Będą źli… Powiedzą, że histeryzuję… Będzie zamieszanie… Może jak przyjdzie lekarz to mu powiem… Może wytrzymam…?” Wchodzę do pokoju, witam się, układam swoje rzeczy, kładę na łóżku, wyjmuję książkę, czytam (udaję?)… Nie mogę powstrzymać łez… Staram się je ukryć przed wszystkimi… salową, położnymi, lekarką. „A pani dobrze się czuje?” – to do mnie, bardziej grzecznościowo niż z troski o moje zdrowie – „tak”…
…
Niewiele pamiętam, a może nie chcę pamiętać, z tych kilku godzin. Posiłki, lekarstwa przygotowujące do operacji, wizyta męża i moje już jawne łzy… Włączane i wyłączane KTG… Głośne, żeby pielęgniarki słyszały w dyżurce…
…
Położna woła mnie na „przedoperacyjną” rozmowę z anestezjologiem. Padają standardowe pytania o przebyte operacje, choroby, alergie. „Czy pani się denerwuje przed jutrzejszą operacją?” – to w celu przepisania środka uspakajającego na noc. W tym momencie nerwy mi puszczają… „Nie, nie denerwuję się operacją… ale nie mogę sobie poradzić z ktg w pokoju… poroniłam trzy razy… nie potrafię tego słuchać…” Położne i lekarka patrzą na mnie, czy rozumieją? Na noc dostanę środek na uspokojenie…
…
Do pokoju wchodzi położna, podchodzi do ciężarnej – „ściszę aparat, bo panią obok to DENERWUJE”…
…
Cesarka pani z łóżka obok jednak zostaje przyspieszona – będzie dzisiaj. Już za kilkadziesiąt minut kolejna mama będzie tulić swoje maleństwo… Kiedy zabierają ją na operację, nie potrafię życzyć jej szczęśliwego rozwiązania i zdrowego dziecka. A przecież tego jej życzę…
…
Pielęgniarki wstawiają do pokoju nowe łóżko. Po chwili wchodzi dziewczyna – ta, co płakała rano po badaniach… „Cześć, mam na imię Beata, przenoszą mnie tutaj z jedynki…” Po krótkiej rozmowie, to ja płaczę, a Beata mnie pociesza… Od tej pory jest już dobrze, jeśli w szpitalu może być dobrze ;).
…
Beato – dziękuję Ci, za ten wspólny czas spędzony w szpitalu „łóżko przy łóżku” :). Chociaż tak wiele nas różni, chyba znalazłyśmy wspólny język i dzięki temu mogłyśmy obie przystosować się do „szpitalnej rzeczywistości”. A o śmiechu do łez z lewatywy i „bredzenia” po narkozie chyba długo nie zapomnę… ;)
Szczęśliwa Mamo – jeśli czekałaś na swoją córeczkę, która miała się urodzić przez cesarskie cięcie, a obok leżałam ja – mrukliwa, z oczami pełnymi łez… to przepraszam. Przepraszam za to, że ostatnie godziny czekania na swoje dziecko musiałaś spędzić w moim smutnym towarzystwie. Ale o czym miałam z Tobą rozmawiać? O moich straconych ciążach, bólu, niepewności, niespełnionych marzeniach… czy Twoim szczęśliwym macierzyństwie? Może wcale Twoje życie nie jest takie udane, może borykasz się z innymi problemami: finansowymi, zdrowotnym, mieszkaniowymi… Ale wtedy w szpitalu miałaś wszystko, czego ja mieć nie mogę… miałaś dziecko… Czy mnie zrozumiesz?
Lekarzu / pielęgniarko – ja wiem, że warunki lokalowe w szpitalu i tempo pracy, nie zawsze pozwalają na rozmieszczanie pacjentek wg wieku, chorób, tygodnia ciąży czy… liczby poronień… Ale pacjentka ma nie tylko chore ciało, ale często również chorą duszę… Czym leczyć tę duszę – odrobiną empatii, ludzkim gestem i słowem…
…
Myślałam, że jestem „twardzielem”. Myślałam, że już sobie poukładałam w głowie, że większość kobiet rodzi zdrowe dziecko, że RODZI dziecko. Większość, ale nie każda… Niektóre, tak jak ja trafią do grupy 0.04% (?) kobiet, które poronią kolejno trzy ciąże…
Myliłam się… Nie jestem „twardzielem”… Nigdy nim nie byłam…
To nie było moje ktg…
Monika (magic)