Przypadkowe spotkania

Jest jesień 2009 roku, nie pamiętam, czy był to jeszcze październik czy już listopad. Wieczorem pojechaliśmy do przedszkola córki na wykład dla rodziców. Po nim, tradycyjnie, odbyły się warsztaty. Siedzimy w za małych krzesełkach przy małych stolikach dopasowanych do wzrostu naszych czterolatków. Ponieważ jesteśmy nowi w tej grupie, ciekawie rozglądam się po twarzach rodziców. Spotkanie się kończy... podchodzi jedna z mam. W ręce ściska karteluszkę, widzę, że jest mocno zdenerwowana. Ledwo jest w stanie wyksztusić z siebie “widziałam cię w telewizji”. Pewnie chodzi o poronienie - odpowiadam łagodnie. Ta nowa mama kiwa tylko głową i widzę, że nie jest już w stanie nic więcej powiedzieć.

Odeszłyśmy na bok i zaczynamy rozmawiać, jest po dwóch poronieniach, mają tylko jedną córkę, chciałaby mieć jeszcze jedno dziecko, żeby mała nie była sama, ale się boi, no bo poronienia, jej wiek... że sama była jedynaczką i wie, że chciałaby rodzeństwa dla córki. W ręce nadal jest ta kartka, pomięta na wszelkie sposoby, znak zdenerwowania. “Widziałam cię w telewizji i czy mogłabyś mi jakoś pomóc? Czy jest jakaś szansa dla mnie? Czy jest sens się starać o jeszcze jedno dziecko? Po tym wszystkim...” A ja czuję się , jak robię się coraz mniejsza, wcale nie czuję się “panią z telewizji”. Opowiadam swoją historię, że też mieliśmy jedno dziecko, potem były dwa poronienia, a potem urodziła się trójka dzieci. Prawie zawsze jest sens nierezygnowania z macierzyństwa - czasami będzie to szukanie szczęścia na drogach naturalnych, czasami na adopcyjnych. Dzieci to największy skarb, jaki małżonkowie mogą otrzymać. Jak w ciągu tych kilku minut dać nadzieję? zmniejszyć lęk? Umawiamy się na dłuższą rozmowę telefoniczną i na e-mail. Na pogniecionej karteczce zapisuję namiary na siebie. Z plecaka wyjmuję ulotki stowarzyszenia i daję - może pomogą.

Ta historia skończyła się szczęśliwie. Gdy rozmawiałyśmy, wtedy po warsztatach przedszkolnych, ta mama już była w ciąży, o czym jeszcze nie wiedziała. Na początku wakacji urodziła się mała dziewczynka.

Jest grudzień 2009, dzień św. Mikołaja. Dzień wcześniej mieliśmy w naszej rodzinie chrzciny najmłodszej pociechy - Hanusi. Mąż z dziećmi pojechał na dworzec odwieźć zaprzyjaźnionego księdza, który przyjmował do Kościoła naszą córkę, a ja poszłam na Msze świętą. Już blisko kościoła spotkałam p. Bożenkę. Niedawno urodził jej się wnuk i ciekawie zawsze zaglądała nam do wózka opowiadając różne historyjki o maluchu. Kojarzyliśmy ją właśnie z Mszy świętych w naszej parafii, zawsze siedziała ze swoją blisko 100 letnią mamą, w ławce za nami. “Dzień dobry, dawno pani nie widziałam, co tam się dzieje...? - A właśnie wczoraj mieliśmy chrzciny małej Hanusi. - To pięknie. To już jesteś nasza.” Pani Bożenka pochyla się nad wózkiem i robi malutkiej krzyżyk na czole. “To już jesteś nasza.” - powtarza. A potem podnosi wzrok i mówi cicho: widziałam panią w telewizji, mówiła pani o poronieniach. Oczy pełne łez. Zaczyna się cicha opowieść, jak to wcześniej, kilkadziesiąt lat wcześniej, wyglądało poronienie w polskich szpitalach. “Dobrze, że teraz się o tym mówi, i że te dzieci traktuje jak dzieci.” Po cichu myślę, że nie wszędzie, że nadal matki bywają ze swoją tragedią poniewierane, ale coś drgnęło i pojawiają się szpitale, gdzie można ronić po ludzku.

Dzwoni nasz dobry przyjaciel i już na zakończenie rozmowy dodaje: “ah, moja mama mówiła, że widziała cię w telewizji”. Znamy się prawie 20 lat, wspieramy w różnych sytuacjach, które niesie życie. Z charatkeru - zupełnie różni. To on jest ten otwarty, odważny, szybko nawiązujący kontakt z innymi... Mi zawsze było trudniej, jeśli idzie o ludzi czy publiczne występy. Zaczynamy rozmawiać i w pewnym momecie pada stwierdzenie, że nawet 'dla dobra sprawy' nie, on by nie poszedł do żadnego studia, no co ty?! Uśmiecham się pod nosem, no bo wiesz, znasz mnie tyle lat, wiesz, jaka jestem, a ze względu na świadomość, że komuś można pomóc, przełamuję się i idę. I tylko grono przyjaciół wie, ile to “przełamywanie się” kosztuje.

Poronienie cały czas jest w naszym społeczeństwie tematem tabu. O tym lepiej nie mówić, gdy się stanie - jak najszybciej zapomnieć. Do tego dochodzą nietrafione pocieszenia - mimo najczęściej dobrych intencji - otoczenia. Jednak kropla drąży skałę i powoli, powoli coś zaczyna się zmieniać. Dlatego tak ważne jest, aby media chciały mówić o rodzicach, którym zmarły dzieci, o trudnościach, z którymi się spotykamy w szpitalach czy urzędach, o tym, że to nie były dla nas “nienarodzone zarodki”, ale po prostu ukochane dzieci. Bez względu na to, jak długo byłyśmy w ciąży i jak “małe” czy “duże” się urodziły.

Cały czas mam przed oczami pomiętą kartkę przedszkolnej mamy i łzy w oczach starszej pani. Mija czas, ale pamięć w sercu o dzieciach pozostaje.

Monika (wuchowa)
październik 2010

(c) 2004-2005 www.poronienie.pl.