Miłość trudniejsza, miłość bogatsza…
Patrzę czasami na ludzi, którzy mnie otaczają – znajomych, nieznajomych – i myślę sobie o tym, jaką drogę przeszli, żeby być tu gdzie są. Kogo ukształtowali kochający rodzice, a kto miał pod górkę. Komu życie układało się zawsze po jego myśli, a komu zawsze wiał wiatr w oczy. Kto spełniał swoje marzenia bez wysiłku, a komu nawet ciężka praca nie przynosiła spodziewanych efektów… Nie znam ich każdej myśli, nie potrafię odtworzyć każdego wydarzenia w ich życiu… Pewnie nawet oni sami nie pamiętają o wielu drobnych sprawach, które… no właśnie… które zmieniły ich na zawsze…
Nie potrafię spojrzeć już na innych i zobaczyć wyłącznie czarno-biały obraz: ten dobry, ten zły, ten szczęśliwy, a ten nie… To tak, jak w chińskim znaku tao – wszystko się przenika i nie ma zupełnej radości bez kropli goryczy, ani kompletnego smutku bez kropli radości. Patrzę na burzowe niebo i myślę „Jakie piękne chmury!”. Widzę bawiące się dzieci i zastanawiam się, ile ich rodzice musieli przejść, żeby się nimi cieszyć… Jak to powiedział Zorba?... „Jaka piękna katastrofa!”
Niewiele jest pewnie osób, które o pogrzebie dzieci powiedzą „Jaka piękna uroczystość!” – mogą raczej stwierdzić „Jakie to smutne…” Ale niektórzy rodzice są w stanie tak pomyśleć. „Jakie ładne miejsce. Cieszę się, że mój synek tu spoczywa.” „Tak tu spokojnie. Mojej córeczce pewnie by się tu podobało.”
Wierzę, że z każdego smutku możemy wynieść dla siebie coś pozytywnego. Niektórzy stają się silniejsi, inni bardziej wrażliwi… Myślę, że najpiękniejsze i najbardziej wartościowe jest to, że wielu zaczyna mocniej kochać, kiedy traci kogoś bliskiego. Kochamy wtedy „pomimo” i tylko dlatego, że ktoś jest. Potrafimy docenić szczęście wynikające z drobiazgów i nawet krótkich chwil. Nawet w prostych rzeczach można dostrzec wartość. Myślę, że to miłość bogatsza… o perspektywę tego, co za nami i tego, co jeszcze może nas spotkać… i jednocześnie bardziej radosna wbrew pozorom… bo pozbawiona tak wielu chwil rozczarowania, gdy koncentrujemy się na tym, co chcemy otrzymać, a zapominamy, jak ważne jest to, co chcemy dać. Czasami dopiero tracąc jednego rodzica zaczynamy dbać o relację z drugim. Niekiedy dopiero śmierć dziecka potrafi nauczyć nas, jak się dzieci kochać powinno. A czasem, gdy tracimy wyczekiwaną kruszynę, zaczynamy widzieć, jak cenna jest nasza relacja z partnerem.
Może to wszystko dzieje się dlatego, że mamy świadomość kruchości, nieodwracalności, nieprzewidywalności i chcemy dobrze wykorzystać czas, który jest nam dany z naszymi bliskimi? Może chodzi o to, że w porównaniu ze śmiercią wszystkie drobiazgi tracą znaczenie? A może czujemy wdzięczność za to, co nam pozostawiono, co mamy? Nie potrafię powiedzieć, ale wiem, że choć strata boli, możemy stać się poprzez nią lepszymi ludźmi, a nasza miłość do innych – miłością pełniejszą.
Emily_rpaździernik 2010