IRLANDIA
PLANY
W Dublinie miałam spędzić trzy fantastyczne miesiące wakacji.
Pojechałam z 3-letnim synkiem do męża, który tam pracuje i mieszka.
Planowaliśmy powiększenie rodziny, ale z założeniem powrotu i urodzenia
dziecka w Polsce.
Wtedy też, jak większości kobiet, nie przyszło mi do głowy, że moja ciąża
może
skończyć się inaczej niż ślicznym, zdrowym 9-ciomiesięcznym bobasem.
Dlatego też moja styczność ze szpitalem w Irlandii była zupełnie przypadkowa
i polegała na niespodziewanym ratowaniu mi życia w związku z krwotokiem po
poronieniu.
NIEOCZEKIWANA ZMIANA PLANÓW
Poroniłam w domu o 5 nad ranem, po całonocnej modlitwie o utrzymanie mojego
dziecka. Poprzedniego dnia pojawiło się plamienie, a wieczorem bóle brzucha.
Sądząc po zanikających objawach ciąży, dziecko już jakiś czas nie żyło.
Gdybym kilka dni wcześniej poszła na badanie, najprawdopodobniej
usłyszałabym wyrok.
Byłam zapisana na USG w Polsce. Nie zdążyłam... Zabrakło trzech dni...
Podziwiam te dziewczyny, które potrafiły odnaleźć się w tej sytuacji i
zachować ciałko swojego maleńkiego dziecka.
Ja domyślam się... właściwie teraz już wiem na pewno, przecież czułam, że
Ono "uciekło" ze mnie, kiedy poszłam do toalety sprawdzić, czy może jakimś
cudem przestałam
plamić. Nie byłam w stanie nawet spojrzeć, wiedziałam, że do końca życia
będę miała w głowie ten straszny obraz... Mimo wszystko nie żałuję, teraz
widzę Aniołka, uśmiechniętego
małego Aniołka...
Myślałam, że już po wszystkim, że za dwa dni wrócę do Polski. Może pusta i
smutna jak nigdy dotąd, ale wrócę, bez większych kłopotów.
Tego dnia mąż nie chciał iść do pracy, ale uspokoiłam go, że dam sobie radę,
fizycznie czułam się już dobrze.
Pojechał.
Wieczorem zaczęły się skórcze, nasilały się, a z nimi wypływało ze mnie coraz
więcej krwi.
Znajomi wezwali karetkę.
Czekaliśmy na nią dość długo. Minuty ciągnęły się, a ja w kałuży krwi myślałam tylko o jednym - muszą mnie uratować, dla mojego małego synka. Sanitariusze przynieśli mi wózek i okryli kocem. Na ich tawarzach widziałam powagę i troskę o drugiego człowieka. Jechaliśmy na sygnale, a jeden z nich w tym czasie spisywał moje dane. Pozwolili koleżance jechać ze mną. To od niej zebrali, również w szpitalu, większość potrzebnych informacji. Mnie pytali tylko o sprawy dotyczące ciąży i tego, co się stało.
IZBA PRZYJĘĆ
W izbie przyjęć panował duży ruch. Przez ten czas opiekowały się mną co
najmniej trzy pielęgniarki (lub pomocnice pielęgniarek, bo jest ich tam
dużo).
Pytały jak się czuję, sprawdzały ciśnienie, temperaturę, podawały wodę.
Wykonano test ciążowy, który potwierdził 12 tc.
Jedynym mankamentem było to, że obok mnie (za parawanem) leżała kobieta
rodząca dziecko (chyba nieco za wcześnie). Słyszałam jej KTG i narzekanie
jak bardzo ją boli. Ja też miałam skórcze, tak samo bolesne, może nawet
bardziej. Bolało nie tylko ciało, ale milczałam...
W końcu przyszła lekarka, która zbadała mnie ginekologicznie, założyła
wenflon i pobrała krew do badania. Kiedy zaczęłam słabnąć, poprosiła którąś
z pielęgniarek o podłączenie kroplówki.
Poinformowała mnie, że nie może stwierdzić� czy jeszcze jestem w ciąży,czy
ją
straciłam. Musimy zaczekać aż ustanie krwotok.
Do jutra zatrzymają mnie w szpitalu, a rano zrobią USG i wtedy wszystko się
wyjaśni.
Ludzie którzy się mną zajmowali mieli w sobie jakieś takie ciepło i
współczucie. Podobało mi się to, że nie muszę o nic pytać (do takiej postawy
lekarzy
jestem przyzwyczajona w Polsce). Tam oni sami przychodzili i informowali
mnie o wszystkim.
Po badaniu lakarka spytała, czy ma kogoś zawołać z poczekalni. Okazało się,
że mój mąż nie wiedząc o niczym (nie mogliśmy się dodzwonić) urwał się
wcześniej
z pracy. Prawdopodobnie mógłby ze mną pójść na oddział, bo byli tam jeszcze
odwiedzający (mimo godz.22.00), ale chciałam, żeby jak najszybciej jechał do
domu,
do synka, który został ze znajomymi.
PATOLOGIA CIĄŻY
Przewieziono mnie na salę, gdzie leżało 7 kobiet. Całą noc przychodziły do
mnie pielęgniarki. Dostały zalecenie, że mają mnie obserwować. Nie mogłam
wstawać,
więc musiałam często prosić o basen. Przychodziły bez żadnego słowa. Jedna z
nich o 2.00 w nocy zlitowała się nade mną i obmyła mnie z krwi.
Inna przyniosła mi dodatkowy koc, bo zrobiło mi się zimno.
Wtedy doceniłam coś, co jest tam rzeczą tak starą, jak ten szpital. Mianowicie
nad każdym z łóżek jest stelaż, po którym można przesuwać zasłonkę.
Nie byłam nigdy w polskim szpitalu, więc nie wiem, czy istnieje podobny
zwyczaj.
Tam w każdym razie, wszyscy - czy to pielęgniarka, czy lekarz, mają odruch
bezwarunkowy: kiedy zjawiają się przy pacjentce zasłaniają ją z każdej
strony,
stwarzając namiastkę intymności. To naprawdę tanie rozwiązanie, ale
niesamowicie ważne.
Rano zawieziono mnie wózkiem na USG. Tam lekarka powiedziała, że nie jestem
już niestety w ciąży. Pozostały tylko fragmenty łożyska, a to wymaga zabiegu
oczyszczenia macicy. Dokumentację wzięła pielęgniarka, która zawiozła mnie z
powrotem na oddział.
Kobiety z którymi leżałam, nie były szczęśliwie głaskającymi się po
brzuszkach mamusiami. Każda z nich obarczona była jakimś problemem. Każda z
nich co jakiś
czas popłakiwała. Bały się o swoje dzieci.
Poprzedniego wieczoru podeszła do mnie jedna z nich. Okazało się, że też
poroniła - w 14 tc. Powiedziała, że bardzo jej przykro.
Inną poproszono rano do gabinetu lekarza, była już w widocznej ciąży, bardzo
młoda. Kiedy wróciła, płakała. Była przy niej rodzina i chłopak. Wszyscy
mieli łzy
w oczach. Nikt nie widział w tym nic dziwnego. Pielęgniarki przewijające się
przez salę pocieszały. Chwilę potem przyszła do nich pani psycholog.
Oczywiście zasłonięto zasłonkę, rozmawiano cicho, tak, żeby nikt nie
słyszał.
Wtedy nie wiedziałam o co chodzi, bardzo im współczułam, teraz domyślam się,
że nie uratowano ich dziecka...
Przy okazji wydawania śniadań dowiedziałam się od przełożonej zarządzającej
posiłkami, że nie mogę jeść, bo czekam na zabieg. To było niesamowite, bo ta
kobieta wiedziała wszystko o każdej pacjentce. Z tymi, które mogły jeść
ustalała menu (tam można wybrać sobie to, na co ma się ochotę).
W międzyczasie jedna z pielęgniarek dopytywała się, czy był już u mnie lekarz
i chodziła gdzieś interweniować w tej sprawie. W końcu się pojawił i
opowiedział
co mnie czeka, o której godzinie, ile będzie trwało, a także jakie mogą być
konsekwencje i ryzyko zabiegu łyżeczkowania. Zapewnił, że jeśli nie będzie
komplikacji,
a ja będę tego chciała, ok. 17.00 wyjdę już do domu. Poprosił o podpisanie
zgody na przeprowadzenie zabiegu.
ŁYŻECZKOWANIE
W drodze na zabieg widziałam wiele twarzy, każdy się przedstawiał i mówił,
że wszystko będzie dobrze, nie mam się czego obawiać. Piewszy raz byłam w
szpitalu,
ale ich głosy, gesty odsunęły lęk związany z narkozą. Zamknęłam na chwilę oczy
i kiedy je otworzyłam zdenerwowałam się, że za szybko się budzę, a oni nie
zdążyli nic
zrobić. Leżałam na wznak, ubrana, przykryta, dokładnie tak, jak przyjechałam.
Okazało się, że jestem po zabiegu i wracam na oddział.
Niedługo potem przyszła do mnie lekarka uczestnicząca w zabiegu. Znowu
wyczerpująco opowiedziała, co zostało zrobione, że nie było żadnych
nieprawidłowości.
Prawdopodobnie moje dziecko nie rozwijało się prawidłowo. Odpowiedziała na
wszystkie moje pytania z powagą, z nutą współczucia i zrozumienia w głosie.
Powiedziała też, co mnie czeka, kiedy moge starać się o kolejne dziecko i
kiedy mam pojść na wizytę kontrolną.
Okazało się, że lekarz, który był u mnie przed zabiegiem zapisał, że trzeba
wybić mi z głowy lot samolotem. Miałam zarezerwowane bilety następnego dnia.
Dowiedziałam się jednak, że to niebezpieczne, bo mogę w czasie lotu dostać
ponownego krwotoku.
Specjanie dla mnie przyniesiono posiłek, z racji zabiegu, dość
skromny. Przyjechał mój mąż z synkiem. Widziałam, że można było tam
przebywać
całymi rodzinami
od godzin rannych do późnych wieczornych. Nikomu to nie przeszkadzało. Lekarze
rozmawiali ze wszystkimi.
Wkrótce do mnie także przyszła pani psycholog. Zasłonka poszła w ruch i
byliśmy jakby sam na sam - mąż, synek, pani psycholog i ja.
Ona również opowiedziała mi, czego mogę się spodziewać. Właściwie dopiero ona
uświadomiła mi, jak trudne i bolesne jest to, co sie stało. Otworzyła mnie
jakby
na następny etap - łzy. Powiedziała, że dobrze byłoby poczekać przynajmniej
pół roku na powtórne zajście w ciążę ze względów psychologicznych,
ale też fizjologicznych. Zachęcała, że możemy do niej zawsze przyjść
porozmawiać. Powiedziała też na początku ważne słowa - Bardzo mi
przykro.
Miała tyle współczucia w głosie, że po jej wyjściu długo nie mogłam się
pozbierać. Miałam wrażenie, że rozumie to wszystko dużo lepiej ode mnie.
Byłam jeszcze nieco oszołomiona tym, co się stało.
Kiedy dostałam ostatnią (chyba dziewiątą) kroplówkę, pielęgniarka
zawiadomiła mnie, że jeśli chcę - mogę za dwie godziny wrócić do domu.
To była jedyna radosna wiadomość w ciągu tej bardzo długiej doby.
Kiedy wychodziliśmy zaznaczono jeszcze mojemu mężowi, że nie powinnam lecieć
samolotem. Czułam się tak, jakby im zależało, żeby nic złego mnie już nie
spotkało.
Polecieliśmy kilka dni później. Bilety przepadły, podobnie jak wesele, na
które mieliśmy lecieć... Ale to nie miało już większego znaczenia.
EPILOG
Kiedy przyjechałam do Polski, szukając informacji o poronieniu trafiłam na tę stronę. Tu dziewczyny namówiły mnie, żebym jednak poprosiła o dokumentację pobytu w szpitalu, bo lekarze nie zawsze wszystko mówią. Okazało się, że wystarczy wysłać faksem prośbę z dołączoną kopią paszportu. Trzy dni później otrzymałam maila z informacją, że przygotowują dokumenty do wysłania, a po kolejnych dwóch dniach - 35 (ważnych i tych mniej ważnych) stron trzymałam juz w rękach. Nie znalazłam w nich nic, czego bym wcześniej nie wiedziała od lekarzy.
W ciągu tych kilkunastu godzin spędzonych w szpitalu nie usłyszałam ani
jednego przykrego słowa, ani jednej nietrafionej uwagi. Zawsze mogłam liczyć
na pomoc
i rzetelną informację. Zresztą takie zachowanie wydawało mi się oczywiste i
naturalne. Dziś już wiem, że bywa różnie.
Miałam szczęście, że byłam wtedy w Dublinie.