Ślad na całe życie
Gdy roniłam długo oczekiwaną ciążę nie widziałam dla siebie przyszłości. Nie potrafiłam znieść psychicznie sytuacji jak mnie spotkała. Choć dokładnie rozumiałam co tak naprawdę się stało, rzeczywistość wydawała się być abstrakcją, koszmarem z którego miałam nadzieję za chwilę się obudzić.
Nie doprana szpitalna koszula zakładana tuż przed zabiegiem na chwilę sprowadziła mnie na ziemię. W szpitalu nie spodziewałam się żadnych uprzejmości i przynajmniej się nie rozczarowałam. Położona zostałam tuż obok porodówki, na oddziale położniczo- ginekologicznym, wystawioną "na pożarcie" znudzonym pobytem w szpitalu mamom z ciążami patologicznymi. Samego zabiegu nie czułam i właściwie nie pamiętam, bo na szczęście załapałam się na refundowaną narkozę.
Odruch głaskania brzucha powrócił następnego dnia po zabiegu. Szybko się zreflektowałam, że mój poranny rytuał musi się zakończyć. Generalnie smutno jest gdy coś się kończy, a niewyobrażalnie smutnym jest koniec życia własnego dziecka... Powrót do rzeczywistości po stracie jest oczywiście sprawą indywidualną. Zdecydowanie jest to łatwiejsze gdy człowiek postawi sobie konkretne cele. Moim była ciąża. Obserwując zachowania po poronieniowe zauważyłam dwie postawy:
Pierwszą i chyba powszechniejszą jest wybranie celu właśnie w postaci szybkiej ciąży. Ta metoda pozwala na wykorzystanie zasobu uczuć matczynych lub jak kto woli zaspokojenie instynktu macierzyńskiego. Faktem jest, że po poronieniu powstaje niesamowite poczucie pustki, taka dziura w sercu, którą chce się szybko załatać. Choć z pozoru wygląda na to, jakby się chciało ją zalepić nowym dzidziusiem, to tak wcale nie jest. Istnieje wyraźne odróżnienie "nowej" od "dawnej" ciąży. Metoda ta jest skuteczna tylko w przypadku nazywanym przez mnie poronieniem pechowych tzn. nie spowodowanym np. wadami anatomicznymi matki czy zmianami zaśniadowymi. Tutaj też ważna jest postawa lekarza. Istnieje pogląd, że w następną ciążę można zajść po pół roku od dnia zabiegu czyli w jakimś 6-7 cyklu miesiączkowym. Zdania na ten temat są jak zwykle podzielone. Jedni (zazwyczaj z dłuższą praktyką) sugerują odczekać nawet rok, inni pół a jeszcze inni nie czekać wcale. Słyszałam także, że te pół roku czekania to tak naprawdę są podzielone na okres 3 m-cy dla zdrowia fizycznego i nastepne 3-m-ce dla zdrowia psychicznego. Wybór jest kwestią chęci, strachu czy np. zaufania do lekarza.
Drugą postawą jest zdecydowany bunt. W tym przypadku czynnikiem dominującym jest strach przed kolejnym poronieniem. W takiej sytuacji warto polegać na upływającym czasie, który łagodzi ból i zmniejsza poczucie straty oraz starać się nawiązywać kontakt z kobietami, które mimo poronienia mają zdrowe dzieci. Pomaga to odzyskać wiarę w powodzenie następnej ciąży.
Poroniłam w maju 2003 roku. Zaszłam w ciążę 3 m-ce później. Mam zdrowego syna. Pamięć o tym co się stało będzie mi towarzyszyć do końca moich dni. Ślad w psychice jest tak ogromny, że nie da się go w żaden sposób wymazać. Wiem, że tego strachu o każdą następną ciążę nie przezwyciężę - pogodziłam się już z tym. Nikt mi nie powie, że to nie było moje dziecko tylko zarodek, płód. Będę krzyczeć z wszystkich sił, że pod sercem rozwijał się człowiek, moje dziecko które umarło, które kocham i o którym pamiętam i nigdy nie zapomnę...
Adju - założycielka forum.gazeta.pl/poronienie