Projekt na przyszłość...
W kwietniu 2006 Andzik napisała „Uwielbiałam planować swoje życie”. To przypomniało mi, jaką rolę plany odgrywały, i nadal odgrywają, w moim życiu.
Uwielbiam ten błogosławiony spokój, kiedy wszystko idzie po mojej myśli. Przygotowałam sobie plan, a teraz go konsekwentnie realizuję. Nie ma nic lepszego i bardziej budującego nad poczucie kontroli nad swoim życiem... Oczywiście, większość z nas akceptuje w mniejszym bądź większym stopniu możliwe odchylenia od wytyczonego kierunku. Życie to jednak życie i samo czasami narzuca nam jakąś zmianę planu. Ważne tylko, aby ogólny bieg wydarzeń zgadzał się z założeniami...
Zgadzałam się spokojnie na wiele odstępstw od mojego planu na życie. W końcu miałam u mojego boku cudownego człowieka, który pewnego dnia został moim mężem... Zanim jednak to się stało, pojawiła się pierwsza przeszkoda: zagrożenie, że nigdy nie będę mogła mieć dzieci, bo operacja, którą miałam przejść, mogła pozbawić mnie fizycznie takiej możliwości. Paru mądrym decyzjom zawdzięczam to, że tak się nie stało. Kilka lat później pierwsza strata spowodowała, że nagle zapragnęłam wszystko dobrze zaplanować, ponieważ ostrzegano mnie przed możliwymi komplikacjami... „Żeby nie okazało się, że przegapimy czas, kiedy jeszcze mogę zajść w ciążę...” I tak to właśnie wygląda: prognoza pogody mówi o deszczu, ale nie spodziewamy się nigdy nawałnicy z gradobiciem... Plany się przesuwały, bo nie udało się raz, drugi, trzeci... „-nasty”... „-dziesty”...
Kiedy wreszcie się „udało”, plany zmieniły swoją postać i stały się bardzo „dziecięco-pieluszkowe” oraz „szczęśliwie kominkowe” (piękny obrazek szczęśliwej rodziny w zimowy wieczór przed kominkiem, kiedy wszyscy są uśmiechnięci i rozmarzeni). Kiedy było źle, planowałam, co zrobię, żeby nie zwariować. Ale znów moja wyobraźnia okazała się niewystarczająca...
Trzeci raz wzbudził początkowo moją ostrożność... W drugiej ciąży prowadziłam zeszyt z listami do mojego dziecka. W kolejnej nie chciałam już tego robić. Ale kiedy znów było źle, nie potrafiłam myśleć o niczym innym, niż to, że moje dziecko umrze. Żadnych planów... do czasu.
Parę dni po śmierci mojej córeczki weszłam na stronę Stowarzyszenia Nasz Bocian. Znalazłam tam sporo informacji, wiele wsparcia... i pomysł... Znów się nie udało... mam dużą trudność, graniczącą wręcz z niemożliwością, aby utrzymać ciążę... Moje dzieci umierają przez wady mojego ciała... Nie mogę kolejnych uśmiercać w imię swoich pragnień... Ale jest inna możliwość... Jeśli moje dziecko urodzi inna kobieta – lub innymi słowy – jeśli adoptujemy dziecko... Wtedy w naszej rodzinie pojawią się dzieci, które przeżyją. Te dzieci potrzebują kogoś, kto je pokocha, a my potrzebujemy kogoś, kogo moglibyśmy pokochać... Wiem, niektórzy powiedzą, że to niewłaściwy motyw. Nie będę się spierać...
To, co w tym wszystkim było dla mnie najważniejsze, to ponowna szansa na to, aby zaplanować sobie życie... Aby nie tkwić w zawieszeniu i niepewności, która potęgowała ból. Strata dzieci wiąże się z ogromnym żalem, że odchodzi ktoś najbliższy i ukochany. Ale wiąże się też z paraliżującym strachem, że dzieci nigdy obok nas nie będzie. Dla mnie szansą na równowagę emocjonalną była nadzieja na pełną rodzinę. Kocham mojego męża, uwielbiam swoją pracę, jestem szczęśliwa, oddając się swoim ulubionym czynnościom, ale potrzebuję realizacji jeszcze jednej potrzeby, bo mój instynkt macierzyński jest bardzo silny...
Zdaję sobie sprawę z tego, że po stracie następuje okres żałoby, i że musi się ona wypalić, aby można było żyć dalej w pełni, a nie zniewolonym przez ciągły żal i ból. I wiem, że planowanie przyszłości, która opiera się nie na mrzonkach, a na solidnych podstawach, co daje szansę na realizację tego pomysłu, wymaga trzeźwego umysłu – umysłu wolnego od potwornego bólu istnienia, bo wtedy brak jest w tym wszystkim realności. Te wszystkie sprawy są mi doskonale znane i przeze mnie akceptowane... na racjonalnym poziomie analizy... Kiedy w grę wchodzą emocje – tak silne w pierwszym okresie żałoby – logika schodzi na plan dalszy...
Dlatego potrzebowałam projektów na przyszłość. Musiałam wiedzieć i mieć także plany awaryjne... Zasypywałam mojego biednego męża setkami pytań.... „A jeśli od kolejnego lekarza usłyszymy, że nie mamy szans?” „A jeśli usłyszymy, że jego zdaniem mamy szanse? Czy będziemy mu wierzyć?” „Kiedy zrobimy badania?” „A co jeśli będziemy starali się naturalnie i nie uda się?” „A co, jeśli urodzi się nam taki wcześniak, że nie uda się go uratować?” „A co, jeśli dziecko będzie chore?” „A co powiedziałbyś na adopcję?” „A jeśli adoptujemy dziecko, czy będziesz je kochał? Tak jakby urodziło się w naszej rodzinie?” „A jeśli ono też będzie chore?” „A jeżeli nie dostaniemy kwalifikacji?” „A czy wyobrażasz sobie życie bez dzieci?” „A jeśli wszyscy nasi znajomi będą mieli dzieci?” „A jeśli nasza rodzina nie zaakceptuje dzieci adoptowanych?” „Czy nie będziesz kiedyś chciał mieć biologicznego dziecka z inną kobietą?” „Kiedy porozmawiamy z rodzicami?” „Kiedy pójdziemy do ośrodka adopcyjnego?” „Co będzie z moją pracą?” „Może już teraz przeczytamy książki?” „Może zapiszemy się na kurs?” „Może moglibyśmy adoptować bliźniaki?” „Jakie nadalibyśmy im imiona?” „Czy moglibyśmy wynieść to z tego pokoju, jak już będą dzieci?” „Jak myślisz, kiedy zaczniemy jeździć na wakacje z dziećmi?” „Myślisz, że dwulatka można już uczyć jeździć na nartach?” „Gdzie szukalibyśmy nowego mieszkania?” „Jak myślisz, jak mówić dziecku o tym, że jest dzieckiem adoptowanym?” „Jak się czujesz z myślą o rodzicach naturalnych?”...
Szaleństwo?... Chyba tak też myślał mój mąż... Najczęściej znosił wiele pytań cierpliwie... Czasami mówił, że się nad tym jeszcze nie zastanawiał, a czasami, że pomyślimy o tym, kiedy już będziemy mieli dzieci... Ale czasami też tracił cierpliwość i wyrzucał mi, że żądam od niego, żebyśmy już zaplanowali sobie całe życie, a on nie chciałby podejmować takich decyzji, zanim ten ból po stracie nie przycichnie... Które z nas miało rację: ja planując czy on czekając? Myślę, że oboje... Ja na swój sposób porządkowałam swój świat i szukałam zapewnień, że kiedyś wszystko będzie dobrze. On potrzebował wytchnienia po ciężkich dwóch ciążach, kiedy wszystko było na jego głowie, bo ja leżałam, a stres nie oszczędzał żadnego z nas. A decyzje, których ja tak bardzo potrzebowałam, też należały do trudnych... Każda – dalsze starania, adopcja lub życie bez dzieci – obarczona ryzykiem i trudnościami, a nawet bólem i rozpaczą. Jak znaleźć sobie w tym wszystkim miejsce? Jak mądrze dokonać wyboru i nauczyć się z nim szczęśliwie żyć?
Przez ostatnie dwa lata nasze „pomysły” na życie parę razy się zmieniły... Piszę nasze, choć zaczęłam od moich, bo mój mąż też się zmienił. Chociaż inaczej podchodzi o kwestii dzieci, nieco inaczej się z myślą o nich – lub myślą o życiu bez nich – czuje, to też w pewien sposób postrzega nasze wspólne życie przez ich pryzmat i wie, że jeśli nie pojawią się w nim, nie będziemy ostatecznie w pełni szczęśliwi... To też jakaś forma planowania... Z naszym obecnym projektem czuję się... pogodzona... choć nie spokojna. Chyba nigdy nie wyleczę się z planowania, ale jeśli tym razem się powiedzie, będzie to już planowanie znów z większą tolerancją dla odchyleń od wyznaczonego kierunku. Bo teraz wszelkie zmiany kursu przeżywam tak, jakby mój świat wywracał się do góry nogami... I znów mozolnie – klocek po klocku – odbudowuję tę moją misterną konstrukcję...
Emily_rpaździernik 2006