Nazywam się Lotowa
Nie oglądaj się Lotowa -tam w obłoku spada Bóg.
Nie podpatruj pańskich dróg.
Idź bo kazał iść Jehowa.
Nie oglądaj się Lotowa.
“Musisz patrzeć do przodu, nie można tak, jak ty..., przecież nie można nieustannie żyć przeszłością, przeszłości nie zmienisz..., przyszłość się liczy...” Tyle razy padały te słowa do osób po poronieniu, że nie sposób zliczyć. Otoczenie, bliscy mają bardzo proste recepty na nasz ból. Ta pierwsza lepsza z brzegu to zamknięcie przeszłości od razu, natychmiast po śmierci dziecka, odcięcie się od przeszłości. Przejawia się to w najprostszy sposób – poprzez ucieczkę od tematu. Cisza. Nie ma problemu. Cisza, jakby nie było nigdy żadnej ciąży. Cisza, jakby co więcej nie było żadnego dziecka. A przecież dzieliliśmy się naszą dobrą nowiną: będziemy mieć dziecko, odpowiadaliśmy na pytania dotyczące imienia: jak będzie dziewczynka, to będzie Ania, jeśli chłopiec, to zobaczymy... Mówiliśmy, jak urządzimy mieszkanie, gdy będzie w domu dziecko. Wracamy później do tego domu, gdy już wiadomo, że żadnego dziecka nie będzie... Cisza dzwoni nie tylko w uszach. Brakuje pytań jak się czujesz... psychicznie? czy potrzebujesz wsparcia? rozmowy? Czuję się jak trędowata. Jakby poronienie było zaraźliwe. A to tylko cierpienie, ból szarpiący serce... tym nie można się zarazić. Wydaje mi się, że potrzebuję tak niewiele, zwykłej obecności drugiego człowieka, bycia obok. Poprzez choćby życzliwe słowo. A ja słyszę przecież to jeszcze nie dziecko, to już się poroniło, tego się nie da uratować, to tylko tkanki. To od personelu medycznego. Wystarczy być obok, tak po prostu, być z... rodzina pojawia się na imieninach, dwa dni po stracie, jakby to, co się stało wiązało się z wyrwaniem zęba a nie śmiercią dziecka. Jakby w ogóle niczego nie było. Słyszę też inne: Bóg tak chciał... spotkała was wielka łaska... Bogu nie zadaje się pytań “dlaczego?” W takich chwilach tęsknię do ciszy, która dzwoni nie tylko w uszach i która boli chyba trochę mniej niż nietrafione słowa.
Ty się ciesz bo Lot ma głowę.Sądzić – mówi – boska rzecz.
Ja nie patrzę żono wstecz
i ty wstecz nie patrzaj żono
bo zapłacisz za to słono -
tak Lot mówi do Lotowej.
Kolejna z tanich recept. Ciesz się – bo dziecko było na pewno chore, bo to tylko 8. tydzień, bo masz już dziecko... ciesz się, że tak, niż miałabyś mieć za dużo... ciesz się, że to ty, bo już przez to przechodziłaś... Jak mam się cieszyć, skoro umarło moje dziecko? Z czego? Nie ma we mnie nic poza bólem, tęsknotą, cierpieniem... skąd radość? Nie szukam dobrych, jasnych stron tego, co się stało, na moim niebie zgromadziło się wiele ciemnych chmur i potrzebuję czasu, żeby wiatr je przegnał.
Myślę o moim Mężu. Nie wiem, jak wyglądałyby te wszystkie straszne dni, straszne chwile w szpitalu bez niego, bez jego wsparcia. Dopiero później słuchając innych dziewczyn wiem, że jego oparcie – choć dla mnie to norma – normą być nie musi. Bo z mężczyznami może być różnie.
„On nie czuje, że stracił dziecko”. Część panów poczuje się ojcami w momencie, gdy wezmą swoje nowonarodzone dziecko na ręce, gdy je dotkną, “sprawdzą namacalnie”, że jest. Dla części przełomem będzie widok dziecka w trakcie badania usg. Dla innych jeszcze – chwila, gdy matka dziecka mówi, że jest w ciąży. Nie ma tu gotowych wzorców czy norm. I ta inność w przeżywaniu straty nie dziwi, bo to nie on nosił to dziecko pod sercem, to nie on czuł nudności, senność, zmęczenie. I to nie on je ronił w szpitalu, to nie jego łyżeczkowali.
„Jemu się wydaje, że rozmowa o poronieniu, to tylko niepotrzebne rozdrapywanie ran”. Mężczyzna na prawie wszystko patrzy zadaniowo, dlatego widząc łzy swojej partnerki, szuka rozwiązań – a o nie trudno, gdy tak naprawdę potrzeba tylko jednego: przytulenia, pozwolenie na wypłakanie się, wykrzyczenie złości… Akceptacji tego, że przyjdą trudne dni, że się wciąż przeżywa śmierć dziecka. Żałoba ma to do siebie, że się musi wypalić, jest jak zadanie domowe, którego nikt za nas nie odrobi. Warto wiedzieć, że nie jest to sprawa tygodni czy kilku miesięcy. Na wszystko potrzeba czasu. Kobiecie, wbrew wyobrażeniom jej faceta, wygadanie się pomaga. Pamiętam rozmowę z koleżanką, która była świeżo po poronieniu. Dzwoniłam, żeby mogła się właśnie wygadać, wypłakać… Wiesz, nic się nie stało, to tylko poronienie… - usłyszałam, poczułam się, jakbym wchodziła z butami w czyjeś życie. Jeszcze na zakończenie dodałam, że największą pomocą był mój Mąż – a mój zabronił mi o tym mówić – wypowiedziane z takim żalem, że aż ścisnęło mi się serce.
„Jemu się wydaje, że poronienie to sprawa wyłącznie zdrowia kobiety.” Choć poronienie łączy się z pobytem w szpitalu, to poronienie dotyka całą rodzinę. Ona poczuła się matką, on – może tylko w jej oczach, ale zawsze – był już ojcem, ich rodzice – dziadkami. Ona nastawiona społecznie, na nawiązywanie relacji z innymi, w tych samych kategoriach umieściła także dziecko. Okazanie przez partnera, że strata dotyka także i jego – choć może w inny sposób, mniej gwałtowny czy widoczny – jest potwierdzeniem dla matki, że w cierpieniu nie jest sama, że ktoś jej najbliższy dzieli z nią jej ból. Jest to tym bardziej wartościowe, gdy dalsze otoczenie – rodzina, przyjaciele – negują prawo matki do opłakania swojego dziecka.
Nie oglądaj się LotowaKto zapomniał będzie żywy
Ty pamiętaj dyrektywy
Ty się ciesz – On cię przechowa
Dla pokoleń sprawiedliwych.
Już w tym żono męża głowa.
Nie oglądaj się Lotowa.
Kolejna z tanich recept – zapomnij o tym, co się stało. Zaczyna się jeszcze przed poronieniem, gdy lekarz na pierwszej wizycie w pierwszym trymestrze ciąży nie wystawia karty ciąży tłumacząc się dużą statystyką poronień. Ustawa dotycząca sporządzania dokumentacji medycznej jest jasna – kartę ciąży zakłada się przy pierwszej wizycie, na której lekarz potwierdza ciążę. Ten dokument to pierwszy „dowód tożsamości” dziecka. Niekiedy jedyny. Dlatego dla rodzica, który CHCE pamiętać jest on tak ważny. Podobnie z innymi pamiątkami – odbite stópki i rączki są normą na Zachodzie, u nas nigdzie się tego nie praktykuje, podobnie ze zdjęciami dzieci martwo urodzonych. O zdjęcia z badania usg rodzice często muszą się dopominać, jeśli w ogóle w sytuacji śmierci dziecka mają do tego głowę.
A ja pamiętam daty – poczęcia, zrobienia testu, diagnozy, pobytu w szpitalu, przewidywanej daty narodzin. Gdy mówię, że rok temu…, dwa lata temu… widzę popłoch na twarzy bliskich. Ty JESZCZE przeżywasz? Tak mi się stało, że jeszcze… Oglądając zdjęcia z 2004 roku pierwsza myśl, jaka się pojawia w głowie: wtedy jeszcze byłam w ciąży… wtedy już nie byłam…
Chodzę po cmentarzu i nie wiem, gdzie mam postawić lampki moim dzieciom. To też jest pamięć o nich – jakaś forma mojej modlitwy za nie. Zamawiam Msze za zmarłe dzieci, proszę księdza, by odmawiając modlitwę powszechną pamiętał o tych, które zmarły przed Chrztem…
Otoczenie boi się pamięci o dziecku, które było tylko przez chwilę. Bo śmierć taka niewygodna, bo trudne sprawy takie nieobecne. A pamięć o dziecku sprawia, że przewartościowuje się nasz świat… Po wielu miesiącach od poronienia już wiem, że niektórzy nie chcą takich zmian w swoim życiu, że wolą żyć w ułudzie świata, gdzie nie ma miejsca na śmierć dziecka. I wiem również, że pamięć o zmarłych nie zamyka nas na ten świat, świat żywych. Bo przecież normalnie żyję – śmieję się, gdy jest mi do śmiechu, czytam książki, poznaję nowe miejsca, spotykam się z ludźmi i… płaczę, gdy mi smutno i trudno… i pamiętam, tak normalnie, o dzieciach, które siedzą na lewym ramieniu.
Czy można zapomnieć? Czy naprawdę wydaje się tym wszystkim od tanich recept, że w kolejną ciążę można zajść i przeżyć ją bez świadomości tego, co się stało? Jakby żadnego poronienia nie było? Dla części osób decyzja o kolejnym macierzyństwie jest tak trudna, że w ogóle z niego rezygnują. I tylko słyszą nieustanne zapomnij.
Pamiętam historię Ewy, która straciła dzieciątko w 19tc. Maluszek żył po porodzie 5 godzin. Matce powiedzieli, że dziecko zmarło, no bo się już pogodziła ze śmiercią… O czym ci ludzie mówią? Przecież do końca życia będzie pamiętać – i w jakiejś części nie zgadzać się – na śmierć swojego dziecka.
Nie oglądaj się LotowaJuż minęło tyle lat.
Czemu patrzysz nieruchomo?
Piach ostygły nad Sodomą.
Czego stoisz skamieniała
Jakbyś ciągle nie wiedziała?
Jesteś tylko sól i kamień.
Jesteś tylko ból i trwoga.
Ty oglądasz się – na Boga! –
Ty oglądasz się Lotowa?
To takie dziwne, choć już się przyzwyczaiłam i myślę, że nauczyłam żyć z całą moją przeszłością… gdy wraca poronienie, wtedy na moment zatrzymuje się cały świat, na ułamek sekundy wszystko staje, stop-klatka. W różnych sytuacjach – najpierw trudny był dla mnie widok kobiet w ciąży czy małych dzieci. Teraz gdy patrzę na dzieci, które urodziły się wtedy, gdy miały się moje urodzić, szczególnie na te, które są w rodzinie, czuję znajomy ucisk w gardle, jakby ktoś je starał się mocno zawiązać sznurówką. Do dziś nie jeżdżę pod szpitalem, gdzie przeżywałam pierwsze poronienie. Nie wiem, czy byłabym w stanie tam wejść – może kiedyś, ale nie dziś. Drugi szpital – choć urodziłam w nim dwójkę dzieci – w pierwszej chwili kojarzy mi się z poronieniem a nie porodami. Nieruchomieję, gdy słyszę słowa, które nie powinny paść: pani płacze, bo boli, czy tak w ogóle – przy drugim poronieniu w szpitalu, gdy powiedziałam, że dlatego, że umarło moje drugie dziecko, w odpowiedzi zobaczyłam plecy wychodzącej (uciekającej?) położnej; to jeszcze nie dziecko – od lekarki tuż przed łyżeczkowaniem; ty jeszcze przeżywasz? - od Mamy; ale tym razem to o siebie dbałaś, prawda? – to powiedział wujek po szczęśliwych narodzinach, które przeżyłam już po dwóch poronieniach, a moja pierwsza myśl a tamtym razem nie? Staję jak wryta, gdy słyszę czy czytam kolejną koszmarną historię szpitalną – o łyżeczkowaniu bez znieczulenia, o łyżeczkowaniu przy 15 osobach, o usg razem z dziesiątką studentów, do cholery nie widzicie, że serce nie bije?, o dzieciach ronionych/rodzonych w drugim trymestrze, które żyją, a później umierają w metalowej nerce na szpitalne narzędzia, same, bo nie ma w polskich szpitalach procedur dla takich sytuacji, nie ma koszyczka, do którego można by włożyć maluszka i nie ma kocyka do owinięcia dziecka… Kamienieję, gdy ktoś zestawia poronienie z aborcją, gdy słyszę, że na poronienie.pl promowane jest zabijanie dzieci (?!). Gdy dowiaduję się o kolejnym poronieniu, to… jestem tylko ból i trwoga, jakbym ciągle jeszcze nie wiedziała… i oglądam się… W takich chwilach jestem żoną Lota.
Wiersz Joanny Kulmowej Lotowa czytałam przed poronieniami i już po. Ale z całą mocą dociera do mnie teraz, gdy od poronień mija wiele miesięcy. Każda zwrotka wywołuje cienie z przeszłości a zarazem jest swoistym komentarzem do teraźniejszości… Dziękuję Pani Joanno za Pani poezję.
Monika (wuchowa)Kwiecień 2006