KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Jak rozmawiałam z dzieckiem o poronieniu

Gdy wykonywałam test ciążowy synek miał wtedy rok i cztery miesiące. Tego wieczoru byli u nas rodzice męża i podzieliliśmy się z nimi radosną nowiną. Oczywiste było, że skoro Pełek jest nam najbliższy, to on też powinien wiedzieć, że będzie mieć brata lub siostrę. I choć mogło to brzmieć dla niego abstrakcyjnie, to chcieliśmy i z nim dzielić naszą radość. Kilka tygodni wcześniej kupiliśmy książkę prof. Fijałkowskiego “Jestem od poczęcia.” opisującą rozwój dziecka w jego pierwszej fazie życia. Oglądałam więc z synkiem zdjęcia, mówiłam, jaki nasz “ludzik” jest duży. Czytaliśmy to prawie jak bajkę. Synek bardzo polubił tę książkę, sam ją wybierał z półki i przynosił do pooglądania. Czasami zaglądaliśmy “do przodu”. Ulubione zdjęcia Pawła to stópki dziecka z ósmego tygodnia licząc od poczęcia. Zawsze robiliśmy maluszkowi na zdjęciu “gili, gili”, później ja łaskotałam synka, dalej on mnie – mieliśmy przy tym dużo śmiechu.

Nasza radość i wspólne oczekiwanie z dzieckiem trwało tylko miesiąc. Trafiliśmy na izbę przyjęć z powodu plamienia. Diagnoza była bezlitosna – poronienie zatrzymane. Po powrocie do domu trzeba było powiedzieć synkowi. Wzięliśmy go na kolana i razem powiedzieliśmy, co się stało. Że maluszek poszedł do nieba i stamtąd będzie się nami opiekował. Tego wieczoru, gdy się wspólnie modliliśmy dziękowaliśmy za te tygodnie szczęścia. Zrobiliśmy “pa pa” dziecku, które nie było dane nam urodzić.

Kolejna ciąża. Staraliśmy się “nie bać”, normalnie zachowywać – znów Pełek wiedział, że czekamy na dzidziusia. W 11 tc jechaliśmy wszyscy na usg. I znów pokazywałam w książce zdjęcia, pokazywałam jak wygląda badanie usg, że na monitorze będzie widać dziecko. Zbyt długie milczenie lekarza... Synek na kolanach taty... “Przykro mi, ludzik się odmeldował. Serduszko nie bije...” - tak brzmiały słowa lekarza. Wyszliśmy z gabinetu, powoli docierała do nas brutalna rzeczywistość. Lekarz wyszedł za nami, aby oddać kasetę. Wracaliśmy do domu metrem, w milczeniu. Mąż w czasie drogi zabawiał synka, któremu dłużyła się podróż. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do teścia, żeby powiedzieć, co się stało. Pełek niedługo miał skończyć rok i 8 miesięcy.

Starałam się nie płakać przy synku, zwłaszcza gdy zostawaliśmy sami w domu. Nie zawsze mi to wychodziło – Pełek wtedy przybiegał z chusteczką do nosa. Przez łzy uśmiechałam się i tłumaczyłam, że mama tęskni za naszymi maluszkami.

Był dla mnie oparciem w tym sensie, że nie milczał (jak otoczenie), że na swój dziecięcy sposób “mówił” ze mną o tych dzieciach. Pamiętam, jak robił wieczorem “pa pa” w kierunku nieba. Razem szliśmy na cmentarz i stawialiśmy znicze “naszym dzieciom” na wybranym grobie. I było to dla niego normalne. “Wyciąganie” z wanny synka wiąże się u nas z pewnym rytuałem – zawijany jest wtedy szczelnie w szlafroczek, tata bierze go na ręce i trzyma, jak “małą dzidzię” i robi “luli luli”, wszystko to przed lustrem, żeby synek też widział, “o jaka mała dzidzia”, mówimy wtedy. Po przyniesieniu do pokoju pytam się go: “gdzie jest nasza dzidzia?”, a on pokazał najpierw na brzuszek (był to początek mojej kolejnej ciąży), a później na niebo. Tak samo przy wieczornej modlitwie, gdy wspominamy “tamte” dzieci, robimy to razem z ogromną naturalnością. Dla naszej rodziny normalne jest to, że dzieci te są obecne w naszych sercach, a dzięki temu też w rozmowach.

Poronienie było dla mnie tylko teorią, życie przyniosło inne rozwiązanie. Brak wzorców społecznych dotyczących żałoby po dziecku, które odeszło b. szybko sprawia, że poruszam się w tym temacie “po omacku”, wręcz intuicyjnie. Nie miałam wątpliwości, czy mówić, że jesteśmy w ciąży, nie chciałam też “oszukiwać” dziecka milczeniem i czekaniem na kolejne dziecko w rodzinie. Tak, jakby nic się nie stało. Nie roztrząsałam, czy zrozumie czy nie. Nawet po pierwszym poronieniu, kiedy już byłam “mądrzejsza” o to doświadczenie, przy kolejnych ciążach dalej rozmawialiśmy z synkiem o tym, że czekamy na dzidziusia. Może zaistnieć pokusa, że “powiemy, jak będzie starszy”, ale dla mnie teraz był najbardziej naturalny moment na mówienie – bo teraz jest dla mnie to wszystko ważne, świeże, tak bardzo obecne w sercu. Chciałam powiedzieć teraz, bo bałam się, że “kiedyś” nie znajdę odpowiedniej chwili, żeby o tym powiedzieć, że uznam, że to, co się stało dla synka było nieistotne, że nie będę wiedziała, jak zacząć, jak mówić.

Śmierć jako już jeden z nielicznych tematów należy do społecznego tabu. A z dzieckiem o śmierci też się powinno rozmawiać. Pamiętam, jak moja babcia opowiadała różne historie rodzinne i gdy mówiła o swoich dzieciach. Tak się składa, że na szóstkę urodzonych, dwójka zmarła – i zawsze Elżunię i Cecylkę wymieniała. Wtedy wydawało mi się normalne, że o nich mówi, teraz, gdy widzę, ile rodzin “ucieka w przemilczanie” jestem jej tym bardziej wdzięczna, bo dostałam od niej lekcję na całe życie. Podobnie druga babcia – po urodzeniu pierwszego dziecka kolejne ciąże roniła. Na 12 urodziny dostałam od nie pamiętnik z pisaną historią jej życia. I o tych smutnych doświadczeniach też tam pisze. Dlatego nie mam oporów, żeby mówić Pełkowi o jego rodzeństwie, które odeszło. Kolejny argument “za” przyniosły ostatnie dni i Testament Jana Pawła II. Wspomina w nim swoją zmarłą przed jego narodzeniem siostrę. Ktoś – zapewne matka – mu o niej powiedział. Co więcej, powiedział z miłością i tę miłość do zmarłego dziecka przekazał dalej.

Zmarłe dzieci można obdarzać nadal miłością – można rzec, że jest to naturalne prawo rodziców. Ale nie tylko ich. Miłością mogą obdarzyć również bracia i siostry, ci, którzy byli przed nimi i ci, którzy będą po nich. Wiem, że można mówić o śmierci ze spokojem, bez lęków... wiem, bo nam się to udało.

wuchowa